Strona główna » Inne i różne » 2012 – bać się?

2012 – bać się?


rok2012
Czy będzie koniec świata?
Zdrowy rozsądek może czasem zastąpić wykształcenie,
ale żadne wykształcenie nie zastąpi zdrowego rozsądku.

Rok 2012 zbliża się wielkimi krokami, a będzie ponoć rokiem szczególnym dla całej ludzkości. W zależności od publikacji ma być rokiem zagłady albo rokiem wielkiej przemiany. Wróżby czy fałszywe proroctwa? Na jakiej podstawie wysnuwa się tak daleko idące wnioski? Pozwoliłem sobie zacytować „Proroctwo Oriona” z publikacji Raport „NAUTILUSA – Czy Ziemi grozi zagłada w 2012 roku? Niezwykła interpretacja proroctwa Majów i starożytnych Egipcjan rozszyfrowana przez Patricka Geryl’a i Gino Ratinckx’a”. Czy opisane tam rewelacje są prawdziwe? Czy są oparte na realnych przesłankach? Sądzę, że przy głębszym zastanowieniu można postawić więcej pytań niż znajdziemy odpowiedzi, co niniejszym próbuję uczynić.

Co wynika ze wstępu?

Już sam wstęp zapowiada pasjonującą lekturę. Jeśli czytać go jak coś w rodzaju „Kodu Leonarda da Vinci” stwarza wrażenie wielkiego prawdopodobieństwa, ale jeśli zacząć się zastanawiać czytając poszczególne wersety, pojawiają się pytania… Proszę wybaczyć rozerwanie jednolitego tekstu i usunięcie „wody” z niektórych fragmentów, ale wydaje mi się, że łatwiej będzie uchwycić poszczególne myśli i w ich kontekscie zadać pytania czy opisać swoje wątpliwości.

Informacje o zbliżającym się wydarzeniu, które zmieni losy ziemi, powtarzają się w dziesiątkach przepowiedni i proroctw. Wydarzenie takie zapowiadał Nostradamus, według którego po tym nastąpi nowy okres w dziejach ludzkości. Wielu interpretatorów jego centurii uważa, że wielki jasnowidz przewidywał zmianę biegunów ziemskich, co ma spowodować katastrofalne wręcz skutki. Słynny amerykański śpiący prorok Edgar Cayce w swoich readingach mówił wprost, że przebiegunowanie Ziemi będzie związane z ponownym pojawieniem się Atlantydy, która ma wynurzyć się z oceanu. Mówił on wyraźnie, że czasy tych wydarzeń są bardzo bliskie, a wszystko wydarzy się na przełomie nowego tysiąclecia. I wreszcie musimy wspomnieć o proroctwie Majów, które także przewiduje wydarzenie, które „zmieni oblicze świata”.

Jakoś ostatnio proroctwa się nie sprawdzają. Nostradamus już się pomylił, bo przełom 2000/2001 nie przyniósł nic (jeśli nie liczyć ataku Al-Kaidy na WTC) co miałoby wstrząsnąć posadami świata. „Śpiący prorok” też niedokładnie wyśnił wynurzenie się Atlantydy, która miała ukazać swe oblicze w drugiej połowie XX wieku, ale do tej pory nie ukazała. Cóż, proroctwa mają to do siebie, że opisują wydarzenia prawdopodobne, które mogą się wydarzyć, ale z konkretnym terminem przeważnie nie trafiają. Najlepiej wychodzą ci prorocy, którzy nie podają terminów, bo wydarzenie które jest prawdopodobne na pewno musi się wydarzyć, choć nie wiadomo kiedy.

„W przepowiednie nie trzeba wierzyć, ale znać powinni je wszyscy” mawiał najsłynniejszy polski astrolog Leszek Szuman i dlatego zdecydowaliśmy się zaprezentować na łamach Nautilusa bulwersujące opracowanie, które jest dziełem dwóch amerykańskich autorów Patrick`a Geryl’a i Gino Ratinckx’a. Od wielu lat są oni badaczami zagadek przeszłości, którzy od kilku lat poświęcili się analizie proroctw Majów i Egipcjan. Złamali oni starożytne szyfry gwiezdne sprzed 10000 lat, jak choćby tajemniczy znak z Dendery. Ma tam być zawarte ostrzeżenie o zjawisku związanym ze Słońcem, które było znane starożytnym ludom, a którego nie są świadomi współcześni naukowcy. Polegać ma ono na tym, że co 12 tysięcy lat nasza gwiazda przeżywa stan hiperaktywności, co w katastrofalny sposób wpływa na naszą planetę. Słońce zaczyna bowiem emitować tak potężne promieniowanie elektromagnetyczne, że jądro Ziemi zaczyna pełnić funkcję cewki elektromagnetycznej, w efekcie czego dochodzi do zmiany ziemskich biegunów. Zapiski pozostawione przez Majów czy Egipcjan pozwoliły precyzyjnie określić datę ostatniej hiperaktywności Słońca, a miało to miejsce w roku 9792 p.n.e.

Jeśli wolno spytać, to jaki tajemniczy znak odnaleziono w Denderze? O ile mi wiadomo, na suficie świątyni znajduje się relief przedstawiający znaki Zodiaku, a którego wiek archelogowie określili na około 3700 lat pne. Jaki to szyfr? Są na nim cztery okrągłe znaki z innymi znakami w środku i najprawdopodobniej nie dotyczą Słońca, które według archeologów oznaczano czystym owalem. Dlaczego rozwiązania szyfru nie można odnaleźć w szeroko rozumianej publikacji? Dlaczego, skoro zawiera tak ważną dla całej ludzkości wiadomość, jest ukrywany? Dbałość o ludzką psychikę czy też kolejna sensacja obliczona na czysty zysk? Co do Majów też mam poważne wątpliwości. Nauka dochodzi do wniosków czasem bardzo zawiłymi ścieżkami. Proroctwo Majów jest ponoć w rzeczywistości tekstem olmeckim, który powiązano z „odczytaną” datą (a właściwie ze zinterpretowaną) ze stelli Majów. Dziwne to połączenie, bo nauka rozdziela te społeczności conajmniej jednym tysiącleciem, a oprócz tego jedni panowali nad zatoką Meksykańską, a drudzy nad Pacyfikiem.

Niepokojące jest to, że data ta idealnie pokrywa się z ustaleniami geologów, którzy podejrzewają, że właśnie wtedy na Ziemi doszło do gigantycznego potopu. Majowie wiedzieli, że tego typu zjawisko jest czymś normalnym dla gwiazd wielkości naszego Słońca i w dziejach Ziemi powtarza się cyklicznie – właśnie co 11.5 tysiąca lat. Teoria Geryl’a i Ratinckx’a jest tym bardziej zadziwiająca, że wyjaśnia zjawisko tzw. drugiego Słońca, które ma bezpośrednio pojawić się na niebie zwiastując zbliżającą się katastrofę (pisał o tym m.in. Nostradamus). Odczytanie przesłania Majów pozwoliło ustalić, że pierwszym efektem wzmożonej aktywności naszej gwiazdy będzie zmiana Wenus, która na naszym niebie zamieni się w płonącą pochodnię. W swojej książce „Proroctwo Oriona na rok 2012” autorzy podają dokładną datę czegoś, co ma zmienić na zawsze naszą planetę i zapoczątkować nową erę w dziejach ludzkości. 21 grudnia 2012 roku ma dojść do niespotykanego ustawienia planet, które zawsze związane jest z morderczą fazą aktywności Słońca. Wtedy to dojdzie do przebiegunowania Ziemi, a wszystko ma rozegrać się w czasie kilkunastu godzin. Sprawa wydała nam się na tyle interesująca, że przedstawiamy ją na łamach serwisu Nautilusa.

Czegoś tu nie rozumiem. Czy to aktywność Słońca ustawia planety w niespotykanym położeniu, czy niespotykane ustawienie planet aktywuje Słońce? Czy dziewięć much krążących wokół słonia jest w stanie pobudzić go do jakiejkolwiek aktywności? W jaki sposób „zapłonie” skalista Wenus? Skały mogą zapłonąć w temperaturze ponad tysiąca stopni i jeśli ma to być związane z nadaktywnością Słońca, to bądźmy pewni, że na Ziemi tylko niektórym będzie dane obejrzeć poczatek spektaklu. Końca już nie doczeka nikt. Czym może być drugie Słońce? Starożytni doskonale wiedzieli, że Słońce jest gwiazdą i to gwiazdą świecącą tylko w dzień. Płonąca Wenus nie będzie widoczna w dzień, a więc nie może wystąpić jako Słońce. To musi być gwiazda i to gwiazda widoczna w biały dzień razem ze Słońcem, jak przykładowo supernowa z mgławicy Kraba w roku 1024.

Z autorami tej książki zamierzamy nawiązać ścisłą współpracę i spróbujemy zaprosić ich do Polski. Powołaliśmy zespół, który spróbuje zweryfikować, czy wyliczenia Amerykanów są prawidłowe (swoje tezy oparli oni bowiem na skomplikowanych analizach matematycznych). Już teraz jednak przedstawiamy Wam kilka wybranych fragmentów książki „Proroctwo Oriona na rok 2012”.

Postaram się śledzić efekty tego kontaktu. Szczególnie interesują mnie skomplikowane i żmudne obliczenia naukowe i co wynika z końcowego wyniku. Te tzw. „żmudne i skomplikowane” obliczenia są starym chwytem mającym pokazać, że „prawdziwa” nauka, to nie bułka z masłem i naukowcy otrzymują solidną zapłatę tylko za wieloletnią eksploatację szarych komórek. Pies jest pogrzebany prawdopodobnie w jakości obliczeń i w danych wyjściowych, a nie publikuje się ich ze względów oczywistych, bo po co obalać teorię już na drugi dzień.

Co wynika ze wstępu?

O wszystkim tym wiedzieli ludzie, którzy żyli w starożytności i niepodobna im nie wierzyć. Dlaczego? Bo nasze pole magnetyczne jest jednym z najmniej zrozumiałych cudów wszechświata. W artykule „Zmiany kierunków pola magnetycznego Ziemi” w „Science” z 17 stycznia 1969 roku Allan Cox stwierdza: „Istnieje zawstydzający brak teorii wyjaśniającej obecny stan pola magnetycznego Ziemi”. Jeszcze w roku 2000 sytuacja pozostawała niezmieniona. Co teraz myślą naukowcy? Nasze pole magnetyczne jest elektromagnesem. Wszyscy to wiedzą. Jak to się dzieje? Ponieważ nasza planeta obraca się, magnetyzm jest indukowany w taki sam sposób, jak w cewce, przez którą płynie prąd elektryczny. Innymi słowy, Ziemia jest gigantyczną prądnicą z biegunem północnym i południowym. Nie pytaj o więcej – naukowcy naprawdę tego nie wiedzą! Odwrócenie biegunów się zdarza. Potwierdzają to geolodzy. Dzieje się to co mniej więcej 11500 lat, ale nikt nie wie dlaczego. Wszystkie spekulacje sprowadzają się do „nieznanej siły”, powodującej te odwrócenia – ale dotychczas nie ma na to odpowiedzi. Zawstydzające? No chyba!

Dziwi ten zachwyt nad zawstydzeniem. Przecież jest zupełnie jasne, że wnioski należy wyciągać po postawieniu założenia i jakie ono będzie takie będą i wnioski. Ale w naszej nauce jeśli teoria nie zgadza się z faktami, to tym gorzej dla faktów. Ziemia, i to jest faktem bezspornym, ma swoje własne pole elektromagnetyczne. Gorzej z wytłumaczeniem jego powstania i utrzymywania go przez miliardy lat. Założeniem głównym jest to, że w środku Ziemi znajduje się płynne żelazo, które obracając się wytwarza prąd elektryczny. Niby dobrze, ale jakoś żaden samotny, kręcący się gwóźdź nie chce wytwarzać pola magnetycznego, choćby nie wiem jak go podgrzewano. Z lekcji w szkole wiemy także, że każda prądnica musi się składać z rotora i statora. Jak to się dzieje w przypadku Ziemi, gdzie i jądro i skorupa jest w takim samym ciągłym ruchu i na dodatek w jedną i tą sama stronę? Astronomowie poszli jeszcze dalej. Twierdzą, że niektóre planety naszego układu wytwarzaja pole elektromagnetyczne z… jądra skalisto-lodowego. Dlaczego tego genialnego odkrycia nie wykorzystano jeszcze do zbudowania najtańszego generatora nie wiadomo. Być może sprawę przejęła amerykańska armia.

Nikt jednak nie chce odpowiedzieć na pytanie skąd nasze jądro czerpie energię do utrzymania tak wysokiej temperatury przez tyle miliardów lat? Skoro jego temperatura jest wykładnikiem wysokiego ciśnienia, a jak wiemy lub się domyślamy jest ono wielkością stałą, to co dostarcza tak wielkiej energii do podtrzymania temperatury? Z pustego i Salomon nie naleje. Zakładając też poprawne przetłumaczenie tekstu zdziwiło mnie sformułowanie, że nasze „pole magnetyczne jest elektromagnesem”. Czyżby autorów „Przepowiedni…” nauczała pani podobna do naszej nauczycielki z Warmii, która twierdziła, że „Kolumb był wielkim polskim naukowcem i odkrywcą, a tzw. wodne zawody to nurkowiec i kajakarz” (autentyczne!)?. Być może to zamierzona poetycka przenośnia, ale czy musimy łykać amerykańskie teksty jak francuskie gęsi sztuczny pokarm? Idźmy zatem dalej.

To kieruje naszą uwagę ku Słońcu – tam możemy zobaczyć, jak potężne mogą być odwrócenia magnetyczne! Siły magnetyczne są prawdziwym powodem milionów wybuchów jądrowych na Słońcu, jest ono bowiem gwiazdą magnetyczną: ma biegun północny, biegun południowy i równik. Podobnie jak Ziemia, Słońce się obraca. Obrót Słońca jest bardzo szybki, ponad 6000 kilometrów na godzinę. Powstaje mnóstwo pól magnetycznych, które rozgrzewają koronę słoneczną do temperatury powyżej 1000000°C. Pojedynczy rozbłysk słoneczny spowodowany krótkim spięciem w jednym z pól magnetycznych wytwarza energię równą dwóm miliardom bomb wodorowych! Wyobraźcie sobie taki wybuch na Ziemi, a szybko obliczycie straty, jakie mógłby spowodować. Następnie weźmy plamy słoneczne. Charakteryzuje je potężne pole magnetyczne. Siła magnetyczna plam słonecznych jest ogromna – 20000 razy większa niż Ziemi. Plamy słoneczne przebijają powierzchnię Słońca co 11 lat – tyle wynosi ich cykl. Na początku każdego cyklu bieguny plam słonecznych odwracają się, powodując gigantyczne eksplozje nuklearne! To kieruje nas ponownie ku starożytnym. Odkryli oni teorię pól magnetycznych Słońca. Cotterell w swojej książce Prorocza wiedza Majów opisuje tę teorię, przedstawiając obliczenia Majów dotyczące zmian pola magnetycznego Słońca. To jest doprawdy coś nadzwyczajnego. Kiedy to się dzieje, ogromne rozbłyski słoneczne sięgają biegunów Ziemi. I wtedy – bum! Pole magnetyczne Ziemi również się odwraca i zaczyna ona krążyć w odwrotnym kierunku. Biegun północny staje się południowym i na odwrót! Rozumiecie? Ziemia rusza w przeciwnym kierunku, a bieguny się odwracają!

To bałby się napisać każdy fizyk po ukończeniu polskiego ogólniaka. Nasza wiedza o Słońcu upoważnia nas na razie tylko do wróżenia z fusów. Tłumaczy to między innymi niemożność stworzenia przez ponad pół wieku reaktora jądrowego opartego na syntezie atomowej. Budując tak bezpieczne źródło energii nawet nikt nie raczył zauważyć, że do zapoczątkowania reakcji syntezy niezbędna jest bardzo wysoka temperatura i ogromne ciśnienie. Stąd klapa wszystkich prób. Jedynym, jak na razie, reaktorem opartym na syntezie pierwiastów, który zadziałał na ziemi była i jest bomba wodorowa. Ja sądzę, że Słońce to nie sam wodór. Słońce to dwa reaktory – w środku jądrowy oparty o rozszczepianie ciężkich pierwiastków, inicjujący i podtrzymujący pracę drugiego, zewnętrznego reaktora opartego na reakcji syntezy. To właśnie wewnętrzny reaktor stanowi o masie Słońca w stosunku do reszty układu.

Z jakiego kapelusza wyciągnięto tezę o wiedzy Majów o teorii pól magnetycznych Słońca? Czyżby dokumenty nie zostały zniszczone przez konkwistadorów, a przejęła je ówczesna amerykańska CIA? Takich królików z kapelusza będzie więcej. Pierwszy, to powyższe „bum”. W jaki sposób jedna prądnica może zmienić biegunowość drugiej? Co mają do powiedzenia energetycy, którzy ustawiają je obok siebie w elektrowniach bez żadnej obawy wzajemnych zakłóceń? Ktoś wyciąga zbyt daleko idące wnioski. Jakie są podstawy do stwierdzenia, że Ziemia się zatrzyma i ruszy w przeciwnym kierunku? Czy ktoś już wie, jak głęboko sięga pole magnetyczne Ziemi? Czy jest to zjawisko sięgające jądra Ziemi, czy też zjawisko właściwe tylko jej zewnętrznej warstwy sięgającej płynnego płaszcza? Pole magnetyczne Ziemi jest tylko składową pola elektromagnetycznego. Gdzie jest zatem pole elektryczne? Część jest generowana poprzez wyładowania atmosferyczne, lecz jak sądzę jest to znikoma jego część. Nie mamy także pojęcia na jaką głębokość docierają „pioruny” i czy istnieją wyładowania we wnętrzu Ziemi w kierunku jądra. Mając tak uporządkowany strumień elektronów można się zastanowić nad całym polem elektromagnetycznym. Tam gdzie jest pole elektromagnetyczne, tam również działają siły i jak sądzę te siły są zdolne do nadania Ziemi ruchu obrotowego wokół własnej osi. Gdyby w ten sposób rozpatrywać Ziemię jako prądnicę, to musimy dojść do wniosku, że zatrzymać ruch obrotowy Ziemi może tylko zanik pola elektromagnetycznego i zatrzymać w sposób bardzo łagodny. Obrót siłą bezwładności trwałby jeszcze miliony jeśli nie miliardy lat, a pierwszą oznaką zmiany polaryzacji ziemskiego pola elektromagnetycznego byłyby pioruny bijące w niebo.

Po przeczytaniu tych zapisków ogarnął mnie strach. To jasne, że czeka nas światowa katastrofa o nieznanych rozmiarach. Niemal cała ludzkość zniknie z powierzchni Ziemi. Europa powróci do epoki lodowcowej i stanie się terenem niemożliwym do zamieszkania z powodu zaniknięcia ciepłego prądu – Golfsztromu. W Ameryce Północnej będzie jeszcze gorzej. W jednej chwili znajdzie się ona pod lodem bieguna południowego, tak jak to się stało z Atlantydą. Nieuchronność katastrofy nie budziła wątpliwości. W swojej książce „The Path of the Pole” profesor Charles Hapgood pisze: „Znalazłem dowód na trzy rozmaite pozycje bieguna północnego w niedawnym okresie. Podczas ostatniego zlodowacenia Ameryki Północnej biegun wydawał się znajdować w Zatoce Hudsona, mniej więcej na 60° szerokości geograficznej północnej i 83° długości geograficznej zachodniej. Przesunął się na swoje obecne miejsce pośrodku Oceanu Arktycznego jakieś 12000 lat temu”. Datowanie za pomocą metody badania rozpadu cząstek radioaktywnych sugeruje, że biegun znalazł się w Zatoce Hudsona jakieś 50000 lat temu, a przedtem był ulokowany na Morzu Grenlandzkim, mniej więcej na 73° szerokości geograficznej północnej i 10° długości geograficznej wschodniej. Jeszcze 30000 lat wcześniej biegun mógł znajdować się w okręgu Yukon w Kanadzie. Jeśli zmieni się biegun północny, zmieni się także południowy. Hapgood pisze, co następuje: Poważny dowód na umiejscowienie bieguna w Zatoce Hudsona pochodzi z Antarktydy. Przy ustawieniu bieguna północnego na 60° szerokości północnej i 83° długości zachodniej, biegun południowy odpowiednio znajdowałby się na 60° szerokości południowej i 97° długości wschodniej – na oceanie poza Wybrzeżem Mac-Roberstona Ziemi Królowej Maud, na Antarktydzie. To umieszczałoby biegun południowy około siedem razy dalej od Morza Rossa na Antarktydzie, gdzie znajduje się on teraz. Powinniśmy się zatem spodziewać, że w tamtym czasie Morze Rossa nie było pokryte lodem. Mamy dokładne potwierdzenie tego faktu. Połącz ze sobą precesję równonocy, przesunięcie się skorupy ziemskiej i odwrócenie pola magnetycznego, a otrzymasz w ten sposób obraz kolosalnego mordercy. Góry i wyspy wypiętrzy on w niebo i spowoduje gigantyczną zagładę.

Mnie też ogarnia strach lecz ustępujący przed zdumieniem. Czy ktoś w racjonalny sposób wyjaśnił „przemieszczanie się” biegunów? Jak dotąd na dobrym tropie był tylko Charles Hapgood, ale został zagłuszony przez zarozumialców z klapami na oczach. Według jego teorii oś ziemska pozostaje niewzruszenie na swoim miejscu, a ruchu dokonuje tylko skorupa ziemska „ślizgając” się po płynnym płaszczu. Wynika z tego, że bieguny nie „wędrują”, a tylko coraz to inny obszar zajmuje miejsce osi obrotu Ziemi czyli bieguna. Jeśli przyjmiemy takie założenie, to z dziecinną łatwością wyjaśnimy istnienie pokładów węgla na Antarktydzie. Z taka samą łatwością wyjaśnimy dlaczego raz biegun północny „znajdował się” na Alasce, a raz w zatoce Hudsona. Podobnie, sprzężony z północnym, biegun południowy i dlatego nie powinny dziwić mapy ukazujące Antarktydę bez lodu. No i curiosum – „Połącz ze sobą precesję równonocy, przesunięcie się skorupy ziemskiej i odwrócenie pola magnetycznego…”. Co ma piernik do wiatraka? Co ma precesja do przesuwania skorupy ziemskiej, a tym bardziej do odwracania pola magnetycznego? Tyle co mój zegarek do zniesienia jaja przez dziobaka w dalekiej Australii. Jakoś bez wstrząsów przeszliśmy z ery Ryb do ery Wodnika. Tak się robi ludziom „wodę w mózgu” licząc na brak u nich dostatecznej wiedzy. Wystarczy wziąć parę naukowych terminów, wymieszać ze sobą i wypitrasić bigos, który choć może smaczny jest bardzo ciężkostrawny.

Nikt nie kwestionuje powiązania pomiędzy epoką lodowcową i zmianami magnetycznymi. Zlodowacenie odgrywało główną rolę niemal we wszystkich katastrofach w dziejach Ziemi. Steven M. Stanley z Uniwersytetu Johna Hopkinsa twierdzi, że ochłodzenie klimatu było czynnikiem sprawczym wyginięcia gatunków w kambrze, a także w permie, w dewonie itd. Niewiele ponad 100 lat temu ludzi szokowało przypuszczenie, że wielkie płyty lodowcowe o grubości półtora kilometra mogły pokrywać kiedyś tereny o umiarkowanym klimacie w Ameryce Północnej i w Europie. Później przyjęto teorię nie jednej, ale wielu epok lodowcowych. Z czasem znaleziono dowody występowania okresów zlodowaceń na całej Ziemi, nawet w regionach tropikalnych. Odkryto, że płyty lodowe obejmowały niegdyś ogromne przestrzenie zwrotnikowych Indii i równikowej Afryki. Coleman, jeden z największych znawców epok lodowcowych, pisał w swojej książce „Epoki lodowcowe dawne i nowe”: Odkryto również, że te płyty lodowe rozmieszczone były w sposób niejako kapryśny. Syberia, na której znajdują się teraz najzimniejsze tereny świata, nie była pokryta lodem. To samo dotyczy większości Alaski i terytorium Yukonu w Kanadzie, podczas gdy północna Europa, z jej stosunkowo łagodnym klimatem, pokryta była lodem daleko na południe, aż do szerokości Londynu i Berlina. Również większość obszaru Kanady i Stanów Zjednoczonych była pokryta lodem – lodowiec sięgał aż do Cincinnati i do doliny Missisipi.

Współcześni naukowcy zgadzają się, że opis Colemana jest zasadniczo ścisły. Profesor L.K. Charlesworth z Queen’s University w Belfaście wyraża swoją opinię następująco: „Przyczyna tych wszystkich zmian, jedna z największych zagadek w historii geologii, pozostaje nierozwiązana; mimo usiłowań całych pokoleń astronomów, biologów, geologów, meteorologów i fizyków, odpowiedź ciągle nam umyka”. […]

To już z serialu „co było pierwsze – jajko czy kura”. Czy epoka lodowcowa generowała zmiany magnetyczne, czy odwrotnie? A może to „wielkie uskoki skrupy ziemskiej” wymuszały zmiany klimatyczne na kontynentach? Strefy klimatyczne zależą przecież tylko od położenia geograficznego danego rejonu. Każde przesunięcie skorupy ziemskiej musiało przecież przesuwać całe kontynenty. Tam gdzie kontynent dostawał się w cieplejszą strefę klimatyczną lodowiec musiał stopnieć. Teren, który został przesunięty w rejon bieguna siłą rzeczy musiał się pokryć lodem. Problem nie polega na negowaniu epok lodowcowych, problem tkwi w identyfikacji terminu i okresu ich trwania, a tego nauka nie potrafi określić. Czy epoka lodowcowa w Indiach mówi o zlodowaceniu całego świata? Chyba nie. Tak się twierdzi, bo nie uznaje się teorii Hapgooda. Badania pozostałości zlodowaceń zostały wrzucone do jednego worka, zaznaczono na mapach gdzie się znajdował lodowiec i wyszło z tego, że kiedyś pod lodem znajdował się cały świat. To dlatego, logicznie rzecz biorąc, Stonehenge musiano zbudować dopiero po ostatniej epoce lodowej, bo w przeciwnym razie musiałoby zostać starte z powierzchni ziemi przez ostatni lodowiec.

Sprawa następna to podział na epoki. Robocza hipoteza stworzona ku potrzebie uporządkowania najstarszej historii znalazła, podobnie jak darwinizm, swoje miejsce na piedestale nauki. Potrzebna na początku nie została nawet zweryfikowana powtórnie przez uśpionych w samozadowoleniu naukowców. Skąd pewność co do wieku warstw? Nie ma przecież możliwości określania czasu ich powstania. Wszystko odbywa się na zasadzie jaka warstwa taki wiek. Nie dopuszcza się nawet myśli, że dinozaury mogły zginąć w wyniku „wielkiego uskoku skorupy ziemskiej”, gdzie przykryte warstwą osadów niesionych przez gigatsunami mogły spokojnie i w całości skamienieć. Dlaczego według nauki gwałtowne wymieranie dinozaurów trwało „tylko” 2 miliony lat? Ano dlatego, że inne szczątki dinozaurów znajdowano w innych, wyższych warstwach i było to prawdopodobnie potomstwo tych, które przeżyły jakiś kolejny „wielki uskok skorupy ziemskiej”. A czy nauka potrafi odpowiedzieć na pytanie ile czasu potrzeba skamienienie kości? Nie. To dlaczego sie twierdzi, że szczątki dinozaurów liczą sobie około 60-70 milionów lat? Muszą sobie tyle liczyć, bo znajdują się w wartstwie, którą naukowcy sami określili na tyle lat. Wszystko co przeczy „naukowej religii” jest okrzyknięte fałszerstwem, jak kamienie z Ica, gdzie widać człowieka jadącego na triceratopsie, czy frunącego na ptaku o zębatym dziobie. Czy człowiek już żył w epoce dinozaurów, czy dinozaury wymarły stosunkowo niedawno? Herezja? Dla nauki tak.

Wiemy zatem już, że okresy zlodowaceń i przesunięcia biegunów zdarzają się często. Za kilka lat znowu ma do tego dojść. Co się wydarzy? Ruch obrotowy Ziemi gwałtownie się zwolni, a następnie zmieni kierunek. Obecnie Ziemia porusza się z zachodu na wschód, potem będzie się obracać ze wschodu na zachód. Innymi słowy, Ziemia będzie nadal obracać się wokół swojej osi. To oznacza, że Ziemia będzie musiała zwolnić i zacząć obracać się w przeciwnym kierunku. Nastąpi to w czasie krótszym niż doba, a towarzyszyć temu będą potężne zmiany, kataklizmy, śmierć miliardów ludzi i wielkie zniszczenie. Następnie sytuacja unormuje się ponownie, tyle że nastąpią zmiany klimatyczne w związku z przesunięciem się biegunów. Teraz możecie mnie spytać: czy jesteś pewien tego, co mówisz? To logiczne pytanie, na które spróbuję odpowiedzieć. Data 27 lipca 9792 roku p.n.e. została odczytana przez Alberta Slosmana z hieroglifów. Koniec świata zgodnie z przepowiedniami Majów ma nastąpić 21-22 grudnia 2012 roku n.e. Teksty Egipcjan wskazują na szczególną pozycję Wenus w momencie, kiedy Atlantyda uległa zniszczeniu. Wenus ma doniosłe znaczenie także dla Majów. By się o tym przekonać, wystarczy przeczytać „Proroczą Wiedzę Majów”. Kod Wenus znalazł się w ich inskrypcjach i w budowlach. Moje przewidywania, które następnie udowodniłem matematycznie, mówiły, że w tekstach egipskich można znaleźć te same kody. W Egipcie istniał podziemny kompleks pomieszczeń, który Herodot nazwał „wielkim labiryntem”, składający się z ponad 3000 komnat. Tam właśnie dokonywano obliczeń astronomicznych! Były one kontynuacją tych, które przedtem przeprowadzano na Atlantydzie. Przechowano je, bo, jak ze zdumieniem przeczytałem, Atlantydzi znali dokładną datę zniszczenia ich lądu już na 200 lat przed katastrofą!

Bardzo ciekawe, ale proszę mi pokazać egipskie teksty mówiące o Wenus w dniach zagłady Atlantydy. Dlaczego o nich nic nie wiedzą atlatolodzy? Przecież byłby to koronny dowód na to, że Platon opisał prawdę, a nie bajki na potrzeby swojej filozofii. A skąd się wzięła data 27 lipca 9792 r. pne przypisywana panu Slosmanowi? Czy dlatego że 9792 + 2012 = 11804, a więc blisko okresowej zmiany biegunów magnetycznych? Co data ta znaczyła dla Majów? Czy była to tzw. data zerowa? Jeśli tak, to co to było za wydarzenie, by zasłużyć na to miano? A o jakim kodzie mówimy w budowlach Majów? Skąd wiadomo, że labirynt służył do kontynuacji obliczeń astronomicznych rozpoczętych na Atlantydzie? Na jakiej podstawie wyciąga się tak daleko idące wnioski? Czy to było ówczesne Huston? Z pewnością opisałby to Herodot.

Wreszcie w jakim języku autor przeczytał, że Atlantydzi znali datę swej zagłady? W hieroglifach egipskich czy w języku potomków Posejdona? Język starożytnych, uważany przez naukę za ubogi, był stworzony przede wszystkim do porozumiewania się i był zadziwiająco jednoznaczny. Dzisiaj naukowcy wcale nie czytają starożytnych języków, oni je wyłącznie interpretują. To współcześni stworzyli „kwiecisty” język, którego jedno określenie ma z reguły wiele znaczeń, potrzebnych tylko po to, by „zaciemniać” to, co powinno być jasne. W tekście jest za dużo znaków zapytania, by można było dać temu wiarę. Jak zatem wytłumaczyć zagładę narodu Atlantydy mimo tego, że wiedzieli o tym 200 lat naprzód? Czy to ma być analogia do Noego, który datę potopu znał na 300 lat przed terminem? Dlaczego nie przenieśli swego imperium gdzie indziej? Dlaczego nie wyprowadzili się z zagrożonego terenu? Dlaczego szli jak barany na rzeź, nie ratując przynajmniej siebie? Chyba dlatego, że musieliby dzisiaj żyć wśród nas, a tego nie dopuszcza oficjalna historia, która woli bajać o cywilizacjach z nikąd lub niewiadomego pochodzenia albo sprowadzać je hurtem ze stepów Azji.

Tu apeluję do waszych umysłów. Chcę, żebyście zrozumieli, że oni obliczyli termin końca Atlantydy – teraz spoczywającej pod biegunem południowym. Dodajcie do siebie zmiany pól magnetycznych i precesję, a wynikiem będzie kolosalny kataklizm, o którym mówili od początku. W powiązania pomiędzy latami 2012 n.e. i 9792 p.n.e. nie ma co wątpić. Jeśli w dalszym ciągu będziemy lekceważyć te odkrycia, wszyscy zginiemy. Dzwony powinny bić na alarm na całym świecie! To wydarzenie będzie porównywalne z eksplozją 10000 bomb atomowych naraz. Całe kontynenty przestaną istnieć. Miliardy ludzi zginą. Będzie to największa tragedia na świecie od czasów biblijnego potopu. Oparte jest to nie na niejasnych przesłankach, ale na matematyce i wiedzy, którą posiadły w tajemniczy sposób ludy starożytne. Chyba że podejmiemy środki zaradcze na szeroką skalę, by uzbroić się przeciwko tej masowej destrukcji. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy zdoła się uratować. Ale jeżeli nie zrobimy nic – straty w ludziach będą o wiele większe. Mówię wyraźnie: jeżeli ludzkość nie przyjmie szybko do wiadomości znaczenia tej daty, sama sobie zgotuje śmierć. Manuskrypty sprzed wielu stuleci potwierdzają, co następuje:

1. Obliczenia Majów i Egipcjan są takie same.
2. Zarówno Majowie, jak i Egipcjanie niezależnie ustalili z wielką precyzją datę końca świata.
3. Egipcjanie i Majowie musieli dysponować znakomitym kalendarzem, by dokonywać swoich obliczeń.
Z powyższych faktów, z których żadnemu nie można zaprzeczyć, możemy wywnioskować, że Majowie byli potomkami Atlantydów albo oparli swoją wiedzę na przekazie tych, którzy przeżyli kataklizm. Co do Egiptu, wiemy to już z całkowitą pewnością. W ten sposób możemy logicznie wytłumaczyć globalny kataklizm w roku 2012 n.e. Ponadto ta wiedza potwierdza, że obie cywilizacje nie tylko pochodziły z tego samego źródła, ale także, że obie były w stanie same to udowodnić.

Odnoszę nieodparte wrażenie, że ci panowie nie wiedzą o czym piszą. Atlantyda pod lodami Antarktydy? A nie lepiej już szukać jej na Księżycu? Jakież to obliczenia Egipcjan i Majów sa takie same? Kto widział datę zagłady świata u Egipcjan? Jakież to znakomite kalendarze posiadali? Prawdą jest, że u Egipcjan i u Majów było 12 miesięcy po 30 dni, do których dokładano 5 dni „feralnych” a od czasu do czasu 6. Świadczy to tylko o tym, że byli mądrzejsi od nas, bo nie musieli „drukować” co roku miliardów nowych. Kalendarz ten jest zadziwiająco podobny do projektu dzisiejszego kalendarza światowego od kilkudziesięciu lat czekającego na wprowadzenie w życie przez ONZ. Świadczyć też może o tym, że istniał kontakt między kulturami Egiptu i Majów, przynajmniej w czasach, gdy istniała Atlantyda. Ale jak wytłumaczyć fakt, że pomimo tak wielkiej ważności Wenus dla Majów, w Egipcie preferowano wyłącznie Syriusza? Wenus na terenach Majów czy Egiptu była doskonale widoczna. Z tą jednolitością trzeba być ostrożnym. Kalendarz byc może jak i dziś był jednolity dla całego świata, ale różnica w podejściu do ważności ciał niebieskich może już świadczyć o odrębności i to być może czasowej. Możliwe też, że opisywane cywilizacje nie stanowiły odrębnych wiosek, a stanowiły coś, co oglądamy i w naszym współczesnym świecie. To jest prawdopodobne, chociaż wyjątkowo nie po myśli współczesnej historii.

To uzupełnia obraz i stawia nas w obliczu największego na przestrzeni wieków wyzwania dla ludzkości: nadciągającego kataklizmu. Ta gigantyczna katastrofa geologiczna może zetrzeć naszą cywilizację z powierzchni ziemi. Naszą reakcją może być: rezygnacja, panika, rozpacz, uparte udawanie, że nic się nie dzieje itd. Ale w przeciągu tych niewielu lat, jakie nam zostały, miejmy nadzieję, że ostrzeżenie dotrze do wystarczającej liczby ludzi, by można było podjąć konieczne działania. To sprawi, że najbardziej wartościową wiedzę będziemy mogli przekazać przyszłym pokoleniom. Przypomnijmy sobie następujące słowa Franka C. Hibbena w jego książce „The Lost Americans” – „Jedną z najbardziej interesujących teorii końca plejstocenu jest ta, która wyjaśnia tę pradawną tragedię olbrzymim trzęsieniem ziemi, gigantyczną erupcją wulkanu o niezwykłej, katastrofalnej sile. Ta przedziwna idea znajduje potwierdzenie szczególnie w wierzeniach ludów, zamieszkujących tereny Alaski i Syberii. […]

To dowodzi, że zwierzęta, których ciała zachowane są do dzisiaj, musiały zginąć i błyskawicznie zostały zasypane popiołem – w ten sposób się przechowały. Ciała, które po śmierci pozostają na powierzchni, rozkładają się, a kości rozsypują. Erupcja wulkaniczna wyjaśnia wyginięcie zwierząt na Alasce – wszystkich naraz, w sposób, który jest satysfakcjonującym nas dowodem. […] Jeśli to tłumaczy koniec wszystkiego, co żyło, plejstocen miał istotnie bardzo gwałtowne zakończenie. Przeczytajcie te słowa ponownie i zapamiętajcie je na zawsze. Dlatego musimy pilnie wydobyć na światło dzienne wiedzę starożytnej Atlantydy o dniu następnego kataklizmu. Bez tej zasadniczej informacji późniejsza cywilizacja może, za jakieś 12000 lat, znaleźć się nagle w epoce kamienia łupanego. Nie wiem, czy aby przekazać tę informację, musimy zbudować gigantyczne piramidy. Wiem, że te budowle odgrywały zasadniczą rolę w moich poszukiwaniach, że to one doprowadziły mnie do miejsca, w którym krzyknąłem „Eureka!” Opierając się na czysto matematycznych podstawach, badacz może wydedukować z tych budowli ogromne ilości danych i wiedzy o kataklizmie.

Wizja katastrofy po zatrzymaniu obrotu Ziemi i rozpoczęciu go w drugą stronę nie pozostawia żadnych wątpliwości kto będzie zamieszkiwał Ziemię. Cywilizacja „Nikt”. Skąd zatem prorocza wizja o następnej cywilizacji? Po co budować piramidy? Przecież te, które już stoją prawdopodobnie nie uratowały nikogo. Wejścia do nich wykuto dopiero w „naszych” czasach. Kto zresztą będzie szukał w nich śladów dzisiejszej cywilizacji? A jakie wiadomości zawrzemy w ich budowie? O ludzkiej głupocie? O wojnach? O „geniuszu” Darwina? O bezpardonowej walce o prymat nad światem? O wielkim szlochaniu naukowego świata nad jednym ginącym gatunkiem muchy, a nie zauważaniu wymierania z głodu całych ludzkich populacji? Czy w ten sposób chcemy zachować „zalety” najgłupszej cywilizacji wszechświata?

Ta wiedza z czasów starożytnych uczy nas następujących rzeczy:

1. Nasza uzależniona od komputerów cywilizacja zostanie zrujnowana przez odwrócenie się pola magnetycznego Słońca, które wyśle w przestrzeń kosmiczną chmurę naładowanych elektromagnetycznie cząsteczek. Zakłóci to pole magnetyczne Ziemi, nastąpi przesunięcie skorupy ziemskiej, co spowoduje gigantyczną, zalewającą wszystko falę.
2. Ta „burza słoneczna” i odwrócenie się biegunów zniszczy cały sprzęt elektroniczny. Spowoduje to stratę 99,99999999% naszej wiedzy w ciągu zaledwie paru godzin.
3. Powstała na skutek przesunięcia skorupy ziemskiej gigantyczna fala zburzy całkowicie wszystkie biblioteki i zniszczy wszystkie książki.
Aby sprostać temu wielkiemu wyzwaniu, musimy być, jak to już udowodniłem, przygotowani na najgorsze. […] Oto, dlaczego musimy mieć całkowitą pewność, że to, co najważniejsze, zostanie przekazane dalej. Na przykład: Następna cywilizacja, która powstanie po kataklizmie, musi wykazać jak największy szacunek dla natury. Pestycydy, herbicydy, środki użyźniające itd. muszą być kompletnie zabronione. Trzeba je zastąpić ekologicznym rolnictwem. Lasy muszą zajmować centralne miejsce wewnątrz i wokół przyszłych miast. Miasta powinny pozostać niewielkie. Aby uniknąć zanieczyszczenia środowiska, gęstość zaludnienia powinna zostać ograniczona. Oczywiście na początku, zaraz po katastrofie, trzeba położyć nacisk na odrodzenie się populacji.

Nigdy więcej nie wolno budować elektrowni jądrowych. Podczas przesunięć skorupy ziemskiej z jej tytanicznymi trzęsieniami, większość produktów radioaktywnych przedostanie się z setek elektrowni nuklearnych. […] Nienaturalna żywność, zabójcza dla naszego zdrowia i wymagająca ogromnych ilości energii do jej produkcji, będzie musiała być zakazana prawnie. Do takich produktów zaliczyłbym cukierki, czekoladę, chipsy, biały cukier i wiele innych. Trzeba będzie przejść na dietę owocowo-warzywną. Jest nie tylko zdrowa, ale chroni organizm przed mniej więcej 30 000 chorób. Jako że pomoc lekarska, np. chirurgiczna, tuż po katastrofie będzie praktycznie niemożliwa, każdy musi zrozumieć, jak ważny dla niego jest dobry stan zdrowia. To może mu zapewnić tylko dieta owocowo-warzywna. Medytacja i głodówki będą podstawowym środkiem zwalczania chorób zakaźnych i wszystkich innych. Wraz z tymi zasadami, o jakich mówiliśmy powyżej, stanowić będą one podstawę nowego sposobu życia. Te „święte przykazania” umożliwią nam stworzenie społeczeństwa o wiele szczęśliwszego niż to obecne. Głównym celem życia nie będzie już zysk, ale psychiczne i fizyczne zdrowie mieszkańców ziemi. Oto nauki, które powinny przetrwać na przyszłość.

I tu się zaczyna „Odyseja 2012”. Wielki kataklizm niszczy wszystko na Ziemi, a jednak cywilizacja zachowa ciągłość. Czy to będą ludzie, czy znowu małpy z trudem dochodzące do rozbicia atomu, tego autorzy nie podają. Jednak według nich będą to istoty ludzkie. Nie mając komputerów i bibliotek, a także bazy przemysłowej i materiałowej będą musieli utworzyć nową rodzinę Flinstonów. Jak zatem trafić do nich z przykazaniami i w jakim języku opracować pokataklizmowy katechizm? Kogo już dziś należy zacząć uczyć? Czy już wiadomo kto będzie narodem wybranym? Jak Papuasowi z Nowej Gwinei przekazać całą potrzebną wiedzę, a szczególnie z zakresu fizyki kwantowej? Jeśli zaś zrobimy to w języku piramid, to prawdopodobnie będą tak samo „mądrzy” jak my dzisiaj. Będą szukać „zaklętych” w kamieniu myśli filozoficznych i związków z liczbami i to najlepiej z tymi co mają dużo miejsc po przecinku. Jakiś mądrala będzie znów wmawiał tłuszczy, że to grobowiec wielkiego króla o imieniu „Dżordż-Dablju”, który kazał go wykonać na polecenie Boga Puti. Całość tych przestróg, to pobożne życzenia Amerykanina schorowanego przez jedzenie w MacDonaldzie i wystraszonego Czernobylem. Apel do świata, by nie jadł mięsa, a żywił się tylko warzywami i najlepiej tymi, które wyprodukowali Amerykanie. Nie znaczy to, że rady dla naszych pogrobowców są złe, wręcz przeciwnie są dobre i propagowane już dziś przez mądrych ludzi.

Ale co sądzić o stwierdzeniu – „Aby uniknąć zanieczyszczenia środowiska, gęstość zaludnienia powinna zostać ograniczona.”? W jaki sposób? Dobór naturalny połączony z kanibalizmem? Chyba tak, szkoda przecież świeżego i wartościowego białka, na którego wielki niedobór będzie cierpieć pokolenie po kataklizmie. To chyba dlatego pierwszym celem Bogów nauczających uratowanych po katastrofie, było oduczanie ich od wzajemnego zjadania się.

[…] Jeżeli przestudiowałeś dokładnie poprzednie przesunięcia się biegunów w opisie zagłady Atlantydy, wiesz, że to wszystko wydarzyło się zaledwie w ciągu kilku godzin. Naukowo można udowodnić, że przesunięcie skorupy ziemskiej wyniosło 29°. Świadczą o tym stwardniałe skały magnetyczne, które jeszcze teraz wskazują na poprzedni, dawny biegun! Takie przesunięcie kątowe odpowiada przesunięciu skorupy ziemi o 3000 kilometrów! Wyobraźcie sobie, że musicie przejechać samochodem 3000 kilometrów w ciągu 15 godzin. Trzeba by jechać z szybkością 200 km na godzinę! Od momentu, kiedy Ziemia zaczęła się poruszać, osiągnęła pewną szybkość. Jeżeli to się stanie za jednym szarpnięciem, może cię wyrzucić w powietrze. Z chwilą, kiedy Ziemia osiąga stałą prędkość, nie zauważamy już tego. Teraz dochodzę do najważniejszego. Pole magnetyczne Ziemi odwraca się, i powstaje gigantyczna fala wody niszcząca na swojej drodze setki istot żywych: ludzi i zwierząt. To tak, jakby nagle pojawił się przed tobą gigantyczny mur, przed którym musisz zatrzymać nagle swój wyścigowy wóz. Ale już jest za późno! Ze straszną siłą uderzasz w przeszkodę i to wyrzuca cię z samochodu. Oto, co dzieje się z oceanami w momencie kataklizmu. Z powodu prawa bezwładności nie są w stanie się zatrzymać. Zależnie od kierunku, morza zaczynają występować z brzegów.

A gdzie ten opis przesunięcia się biegunów w zagładzie Atlantydy? Tego jeszcze nie czytałem. A skąd wiadomo, że to wszystko przesunęło się zaledwie w ciągu kilku godzin? Platon pisze o „jednym dniu i jednej nocy okropnej”. Manuskrypt Majów tłumaczony przez Le Plongeona o trzech dniach (o ile dotyczy Atlantydy). Czy dlatego, by zmrozić czytelnika przerażającą prędkością z jaką nadejdzie śmierć? Autorzy miotają się między swoimi niekonsekwencjami. Jeśli wiadomo, że Ziemia się zatrzyma, to kierunek ataku oceanów jest chyba wiadomy. Jeśli nastapi taki kataklizm, to czemu ofiary liczone są tylko w setkach? W tym szaleństwie jest metoda, bo kto założy nową cywilizację? Są to drobne nieścisłości, ale są. Opracowanie idące „w świat” takich mieć nie powinno.

Skutki odwrócenia się biegunów

Ostanie zdania, to widok apokalipsy, która nas czeka. Nie może być inaczej, bo tylko groźby mogą nas zmusić do przejścia na wegetarianizm, zniszczenia fabryk produkujących sztuczne nawozy i elektrowni atomowych, które zasypią nasze zwłoki promieniotwórczym opadem. Strasznie łatwo jest Amerykaninowi pouczać „głupszych” tego świata. Jakoś u siebie nie mają zamiaru dostosować się do tak oczywistych i prostych wskazówek. Jeśli ktoś myśli, że świat zrezygnuje z elektrowni atomowych, to jest niepoprawnym naiwniakiem. Paliwa kopalne są na wyczerpaniu, energia odnawialna w powijakach i do tego horendalnie droga, a popyt na energię elektryczną stale rośnie i to w tempie wykładniczym. Nikt też nie będzie rezygnował z producji chemicznych stymulatorów, bo jeść się chce niezależnie od szerokości geograficznej, a po co się męczyć z gnojowicą. Śmierdzi to to, a i z wytworzeniem są pewne kłopoty. A co z protokołem z Kioto? Ano nic. Zresztą jest mało ważny.

Tzw. efekt cieplarniany jest wynikiem nie tyle działalności przemysłowej człowieka, co tym że człowiek w ogóle żyje. Udowodniono, że to nie dwutlenek węgla jest tego przyczyną, a ponad dwadzieścia razy groźniejszy metan. Zdrowy egzemplarz ludzki na 1 dobę wypuszcza cichaczem lub „pełnym głosem” do atmosfery około 1200 ml tego gazu, co daje 3,6 miliarda litrów na dobę. Doliczmy do tego wszystko co żyje, od bydła po bakterie, a zobaczymy kto jest winien efektowi cieplarnianemu. Wydaje się więc, że efekt cieplarniany jest przypisany Ziemi jak chłopu rola i musi się cyklicznie powtarzać. Czyli tłumacząc jaśniej – im większa populacja ludzi i zwierząt tym szybciej doczekamy się następnej epoki lodowcowej i być może jakiegoś kataklizmu, który w sposób naturalny zredukuje ilość istot żyjących. Potem znów nastąpi odrodzenie producentów metanu i cykl powtórzy się od nowa.

Ale sprawa jest bardziej skomplikowana. Wydarza się nie tylko poślizg skorupy ziemskiej, ale również odwrócenie się biegunów. Ziemia zaczyna obracać się w przeciwnym kierunku niż dotychczas! Nieszczęście, jakiego nie można sobie wyobrazić. Spójrzcie tylko na liczby. Obwód równika wynosi około 40 000 kilometrów. Jako że Ziemia robi całkowity obrót w ciągu 24 godzin, oznacza to, że co każde 24 godziny odbywamy podróż długości 40 000 kilometrów. Podziel 40 000 kilometrów przez 24 godziny, a dojdziesz do szokującego wniosku, że krążymy dookoła osi ziemskiej z prędkością 1666 kilometrów na godzinę. […] Gigantyczna fala, nigdy dotychczas niewidziana, wysoka na setki metrów (tak, nawet ponad kilometr!) bezlitośnie zniszczy wszystkie tereny nadbrzeżne. Nie będzie można uciec przed tą gwałtownością przyrody.

Nawet nieduże fale – 10 metrowej wysokości – są w stanie zetrzeć z powierzchni ziemi wszystko, co napotkają na drodze. Co zatem zrobi taka ściana wody? Zaleje sobą wszystko, co żyje. Wyobraźcie sobie, że mieszkacie nad morzem i nagle widzicie falę o wysokości kilkuset metrów, zbliżającą się do was. Zanim zdołacie zareagować, już będziecie przykryci miliardami litrów wody morskiej! Nie zapominajcie, że ta gigantyczna fala ma ogromną prędkość, powstała bowiem dzięki potężnym siłom. Ta energia musi zostać całkowicie rozprowadzona, zanim oceany wrócą do dawnego spokoju. To oznacza wielkie zniszczenie wszelkiego życia. Gdy fala rozpłynie się ponad lądami, zginie więcej ludzi, niż dotychczas we wszystkich wojnach w historii. W swojej książce „Podróż do Ameryki Południowej” Alcide d’Orbigny pisze: Twierdzę, że zwierzęta lądowe Ameryki Południowej zostały zniszczone wtargnięciem wody na kontynent. Jak inaczej moglibyśmy wytłumaczyć tę całkowitą destrukcję i jednorodność kości, odnajdywanych w pampasach? Jasnym dowodem tego jest niezmierna liczba kości i całych zwierząt, których ilość jest największa w ujściach dolin, jak to wskazuje p. Darwin. Odkrył on największą ilość szczątków w Bahia Blanca, w Bajada, a także na wybrzeżu i w dopływach Rio Negro, również u ujścia doliny. To potwierdza, że zwierzęta były unoszone wodą i w większości dopłynęły do wybrzeży. Błoto pampasów nagromadziło się nagle w rezultacie gwałtownego napływu mas wody, unoszącej ze sobą grunt i inne szczątki pływające i mieszającej je ze sobą.

Ziemia pędzi przez kosmos dookoła Słońca z prędkością około 30 km/sek, co daje 108000 km/godz, tak więc do zawrotnej prędkości 1666 km/godz należy dodać i tę wartość w chwili zatrzymania ruchu obrotowego. Czy przypuszczaliśmy, że w chwili śmierci odejdziemy na tamten świat z prędkością 109666 km/godz po jednej stronie równika, a ci po drugiej „tylko” 106334? Jest to okropne, bo możemy nie wyhamować przed obiecanym rajem.

Zatem Amerykanie i Kanadyjczycy nie tylko znajdą się teraz w temperaturze polarnej, ale ponadto wśród mas wody spływającej z gór, tratującej wszystko, wyrywającej z ziemi drzewa, tak jakby nic nie ważyły, wyrzucającej w powietrze zwierzęta i ludzi, samochody itd. – na kilometry naprzód; nic, absolutnie nic nie uchroni się przed tą gwałtowną przyrodą. Nawet liczne zwierzęta morskie zginą, bo zostaną zgniecione niesionymi resztkami i wciśnięte w ziemię. Będzie to jeden gigantyczny, masowy grób – mieszanina ciał setek milionów ludzi i zwierząt. Te ciała, które pozostaną nienaruszone dzięki zamrożeniu, będą ostrzeżeniem dla przyszłych pokoleń, by nie zaniedbywać wzmianek o siłach, drzemiących w naturze – tak, by nie powtórzył się dawny błąd. Geolog Harlen Bretz pisze w The Channeled Scabland of the Columbia Plateau („Journal of Geology”, listopad 1923): Pod koniec ostatniego zlodowacenia nastąpiła katastrofalna powódź. Ogromna ściana wody z grzbietami fal, ciągle przewalającymi się przed nią. Wysokość jej dochodziła do 450 metrów. Przelewała się przez szczyty pobliskich wzgórz jak ogromne wodospady i kaskady, szerokie na 15 kilometrów, tocząc przed sobą całymi kilometrami ogromne, wielometrowe głazy.

Potężne masy wody wypłukały kanały, głębokie na wiele metrów, w bazaltowej płycie Płaskowyżu Kolumbijskiego. Wypływając z doliny Clark Fork River w zachodniej Montanie i przepływając przez północne Idaho z prędkością 16 km3 na godzinę, woda osiągnęła głębokość 250 metrów, płynąc przez Wallula Gap na granicy stanów Waszyngton i Oregon, a następnie spłynęła do Kolumbii w swojej nieprzejednanej wędrówce do Pacyfiku. Wypłukując od 30 do 60 metrów ziemi w wielu miejscach, powódź odsłoniła całkowicie 3200 kilometrów kwadratowych Płaskowyżu Kolumbijskiego, wypłukując błoto i piasek, pozostawiając tylko nagie ściany dolin głębokich na 120 metrów, jak jałowe wspomnienie dawnej świetności. Powódź skończyła się równie szybko, jak się zaczęła, w ciągu paru dni. Pozostawiła gigantyczne słupy rzeczne, które teraz były wzgórzami o wysokości ponad 30 metrów, i deltę o obszarze 320 kilometrów kwadratowych w połączeniu dolin Willamette i Columbia River. W części tej delty znajdują się teraz Portland, Oregon, Waszyngton i Vancouver.

Zginęły już miliardy ludzi, a to jeszcze nie był koniec. Gigantyczna fala wydawała się posuwać naprzód bez końca. Sięgała coraz dalej w głąb lądu. Było się bezpiecznym dopiero na wysokości 1500 metrów ponad poziomem morza. Oczywiście, jeżeli to miejsce nie podlegało przesunięciom lądów! Nigdzie, dosłownie nigdzie nie można było być pewnym przeżycia. W tej heroicznej walce pomiędzy siłami światła i ciemności przewaga sił ciemności stawała się coraz bardziej widoczna. Cała kula ziemska przeżywała straszne chwile. Tu i ówdzie ludzie w rozpaczy usiłowali wspiąć się na wierzchołek góry, by się zabezpieczyć przed podnoszącymi się wodami. Tylko niewielu się udało. Morze było zbyt potężne, by je pokonać. Ogromne, bezlitosne fale toczyły się naprzód. Fala dotarła do piramid. Te potężne budowle nie były w stanie oprzeć się jej sile: pokryła je fala powodzi. Grzmiąc gwałtownie, woda popłynęła przez wejście i dostała się do komnaty królewskiej. Przed tysiącami lat w tym miejscu odbywał się rytuał zmartwychwstania. Dzisiaj te komnaty były zalane szalejącą wodą.

Cywilizacja cofnie się znowu do epoki kamiennej, jeśli w ogóle przetrwa. Opowieści o tych wydarzeniach zdeterminują późniejsze zachowanie ludzi w ciągu nadchodzących tysięcy lat. Będzie się o tym mówić i przekazywać opowieści z ojca na syna. Towarzyszyć temu będą nieśmiertelne opowiadania o odwadze i rozpaczy, a także historyczne relacje o wydarzeniach. Zupełnie tak samo jak to, co teraz czytamy o dawnych katastrofach.

Spróbuję to wszystko podsumować. Ziemia jest cząstką wszechświata i jej pole magnetyczne jest w porównaniu z nim zupełnie bez znaczenia. Słońce, serce naszego układu, jest głównym wytwórcą pola elektromagnetycznego naszego układu, ale i ono wchodzi w skład pola naszej galaktyki, gdzie każda gwiazda ze 100 miliardów też je wytwarza. Jesteśmy więc skąpani w jednorodnym polu elektromagnetycznym, którego nawet w minimalnym stopniu nie zakłócił wybuch supernowej w roku 1024. Jaka więc siła jest w stanie dokonać odwrócenia biegunów Ziemi? Na pewno nie Słońca i na pewno nie samej naszej planety. Możemy spać spokojnie. Ziemia swych biegunów nie zmieni, co nie znaczy że możemy ufnie spoglądać w przyszłość. Musimy być świadomi, że życie na naszej planecie nie było, nie jest i nie będzie sielanką. Jest zbyt wiele dowodów na to, że naszą planetę nawiedzały potężne kataklizmy, których skali możemy się tylko domyślać. Z grubsza zagrażaja nam dwa – uderzenie meteorytu i „wielki uskok skorupy ziemskiej”. To właśnie dlatego Bogowie woleli mieszkać w niebie, bo przynajmniej jeden problem mieli z głowy. Nie można też wykluczyć i innych, jak choćby wielką erupcję na naszej życiodajnej gwieździe czy bardziej przyziemną ogólnoświatową wojnę z użyciem wszystkiego, co dotychczas wymyślono i wyprodukowano.

Jak na razie największym zagrożeniem dla ludzi jest sam człowiek. Sam artykuł nie jest żadnym dowodem na „wielkie przebiegunowanie”, ani nawet go nie uprawdopodabnia. Jest jedną z wielu katastroficznych przepowiedni, jakie krążą we współczesnym świecie. Zarabiać można na różne sposoby, a pisaniem jest stosunkowo łatwo. Ludzie uwielbiają się bać, a Nowy Rok 2013 prawdopodobnie powitamy jak zwykle sztucznymi ogniami z nieodłącznym szampanem. Warto jednak zastanowić się czy zmiany pola elektromagnetycznego Ziemi mogą mieć wpływ na ziemskie kataklizmy, a szczególnie na „wielki uskok skorupy ziemskiej”.

Reklamy